Nigdy bym nawet nie pomyślała, że polecę do
Kalifornii, by pracować, kosztem nauki w liceum, co więcej, za namową rodziców.
Mimo tego, że miałam osiemnaście lat i z nauką radziłam sobie świetnie, czułam
się nieswojo z faktem, że skończyłam swoją edukację na poziomie drugiej klasy
liceum. Jednak w miejscu, w którym byłam od kilku godzin, naprawdę niewiele
dałaby mi zdana matura. Znałam biegle trzy języki, nie żeby to było wielkie
osiągnięcie. Na moich wernisażach gościli światowi artyści, ale co ja tam wiem.
Och, tylko żartuję. Miałam swoją pasję, plan na życie, a miejsce, w którym się
urodziłam tylko mnie ograniczało. Kalifornia miała być rozgrzewką. Wiedziałam,
że Amerykanom spodobają się moje obrazy. Przycisnęłam do siebie walizkę
upewniając się przy okazji, czy cały mój malarski ekwipunek znajduje się na
swoim miejscu. Odetchnęłam z ulgą i skierowałam się w stronę wyjścia z Los Angeles International Airport.
Był środek stycznia, a na zewnątrz było
osiemnaście stopni Celsjusza, jak nie więcej. Świeciło piękne słońce, witając
mnie w najbogatszym i najpiękniejszym stanie USA. Jadąc taksówką z trudem
powstrzymałam się od robienia zdjęć, nie chciałam przecież wyjść na jedną z
tych szablonowych turystek z końca świata. Przy okazji byłam skupiona na
rozmowie z taksówkarzem, pilnując mojego amerykańskiego akcentu i chyba poszło
mi nieźle.
- W Los Angeles jest
pięknie. Proszę na siebie uważać – dodał na odchodne, gdy wysiadałam. A jednak.
Czułam, że to nie będzie proste udawać tutejszą.
Moje miejsce
zamieszkania na te trzy miesiące było pod znakiem zapytania do ostatniej
chwili. Dwa tygodnie przed wylotem skontaktowała się ze mną Marysia, daleka
kuzynka ze strony mamy – naprawdę – mieszkająca w LA od dziesięciu lat. Z jej
profilu na Facebooku, Instagramie i każdym możliwym profilu społecznościowym
można było wywnioskować, że żyje jej się dobrze i wygodnie. Była także głęboko
wierząca i wręcz nalegała, bym zamieszkała u niej na czas mojego pobytu za
granicą. Może uznała, że to jakaś pomoc dla potrzebujących, czy coś. Hej, ja
przynajmniej jestem tutaj za samodzielnie zarobione pieniądze.
Jednak musiałam przyznać, że na takie
warunki „pracy” za granicą nie mogę narzekać. Apartament Marysi znajdował się
niecałe pięć kilometrów od centrum miasta. Miałam prawie całe piętro dla
siebie.
- Jeśli byś czegoś
potrzebowała, to dzwoń. Pracuję do dwudziestej – powiedziała ciepło, z trudem
łącząc w całość polskie słowa. – Czuj się jak u siebie.
Nie zostało mi na
dzisiaj nic do roboty – myślałam, że będę na miejscu pod wieczór, a dochodziła
dopiero trzecia po południu. Rozłożyłam się na swoim łóżku, by chwilę później
wstać. Czegoś mi tu brakuje. Wyjęłam z walizki numer dwa wszystkie płótna i
rozstawiłam je po całej sypialni. Dwanaście par oczu spoglądało teraz na mnie
dwunastoma emocjami. Tak lepiej. Ja i moje dzieła warte tysiące dolarów. Przede
mną dobre dni.
Zadecydowałam, że warto
byłoby zwiedzić miasto. Wieczorem w Calabasas było nieco chłodniej, ale nadal
przyjemnie. Byłam już rozpakowana, więc znalezienie sportowych butów i dresowej
bluzy Carhartt zajęło mi chwilę. Zaletą mieszkania na obrzeżach był stały
dostęp do natury - kilkaset metrów przed osiedlem Marysi rozciągał się Mountain Park. Uwielbiałam jogging, więc
długa, męcząca trasa nie była dla mnie problemem – włączyłam jedną z playlist
do uprawianie sportu na iPhonie i ruszyłam.
Calabasas, miasto w hrabstwie Los Angeles,
było pięknym miejscem. Co chwilę zatrzymywałam się, by zrobić zdjęcia. Natura
mnie inspirowała – niejednokrotnie podsuwając mi nowe pomysły w malarstwie. Nie
zauważyłam nawet, kiedy zaczęło się ściemniać. Piosenki z playlisty zaczynały
się powtarzać, w momencie, gdy zadecydowałam, że będę wracać, w moich
słuchawkach rozbrzmiały pierwsze tony Cold
water Justina Biebera. Zwolniłam
tempo, poddając się muzyce. Zaczęłam cicho śpiewać słowa piosenki, nie
upewniając się czy nie ma nikogo w pobliżu – na pewno znalazłby się ktoś, kto
by wyśmiał mój fałsz. Tak, w tamtym momencie myślałam, że jestem sama. Że to
może te nowe słuchawki dają taki pogłos, jakby wszystko wokół mnie – szum drzew
i delikatny podmuch wiatru układał się w kompozycję piosenki. Jak bardzo się
myliłam. Gdy minutę później schylałam się, by zawiązać buta, wypadła mi jedna
ze słuchawek. I wtedy go usłyszałam.
Na początku chyba sama nie potrafiłam
zrozumieć, co właśnie się stało. Odwróciłam się instynktownie za źródłem
dźwięku. Nie dalej niż dwa metry ode mnie stał młody mężczyzna – nie był
specjalnie wysoki, przewyższał mnie o głowę. To on mi wtórował w śpiewaniu. Wyraz
twarzy miał łagodny i ciepły, uśmiechał się do mnie – i wyglądał przy tym
nieziemsko. Miał piękne, radosne oczy w piwnym kolorze, podobnym do jasnych
odcieni jego włosów wpadających w brąz. Gdybym widziała tylko jego twarz,
powiedziałabym, że chłopak jest z mojego rocznika, jednak tatuaże zdobiące jego
ręce i nogi zbiły mnie z pantałyku. Miał ich tak wiele, mimo to nie zasłaniały
one jego muskulatury. Było w nim coś takiego, że mógł śmiało być zarówno
grzecznym, prostym chłopakiem z prowincji, jak i dilerem kokainy prosto z Las
Vegas. Miał w sobie coś niebezpiecznego i potulnego, a przede wszystkim – coś
znajomego.
- Dobra piosenka, co
nie? – powiedział śmiało po angielsku z kanadyjskim akcentem i po chwili
uświadomiłam sobie, z kim rozmawiam.
Przede mną stał Justin
Bieber. Dwudziestodwuletni Kanadyjczyk, którego znał cały świat. Jak ogromne
szczęście musiałam mieć, że właśnie go spotkałam? Ile dziewczyn z Kalifornii
dzień w dzień marzy, by go spotkać? Och, w sumie ja też marzyłam – gdy miałam
dwanaście lat i znałam na pamięć piosenkę Baby.
Z czasem zapomniałam o Justinie, a gdy dowiedziałam się, że ma mieć swój
koncert w Polsce, nawet nie sprawdziłam cen biletów. Jednak w tamtym momencie
znowu byłam tą zakochaną po uszy dwunastolatką.
- Może być – stwierdziłam
z uśmiechem, starając się kontrolować swój atak strachu, podniecenia i radości
zarazem.
- Jesteś z Calabasas?–
zapytał nieurażony, odkręcając butelkę wody. Nie potrafiłam wyczytać z jego
wyrazu twarzy, czy wie, że wiem kim jest.
- Nie – odpowiedziałam
zgodnie z prawdą. – Można powiedzieć, że przyleciałam tu na wakacje… z Europy.
Czułam się naprawdę
nieswojo – nie jestem jedną z tych obłędnie pięknych dziewczyn z unikalną
twarzą i powabną figurą. Dlaczego najsławniejszy celebryta na świecie stał
właśnie przede mną i rozmawialiśmy, co więcej, interesował się skąd jestem?
Justin był taki niezwykły. Taki przystojny. Wziął duży łyk wody i zamyślił się
na chwilę.
- Skandynawia? Europa
Zachodnia? To twój naturalny kolor włosów? – przy ostatnim pytaniu wziął kosmyk
moich włosów do ręki i przejechał po nim palcami, co tak mnie zaskoczyło, że aż
przeszedł mnie miły dreszcz, czego na szczęście nie zauważył.
- Jestem z Polski. Tak,
to mój naturalny kolor. – wykrztusiłam. Jak dobrze, że nie wiedział, ile myśli
miałam teraz w głowie!
- Och, naprawdę? Byłem
tam. Niestety nie widziałem zbyt wiele, to był krótki pobyt – roześmiał się, by
chwilę później spoważnieć. – Jak ci na imię?
- Jestem Klara, a ty? –
starałam się, by pytanie, na które znałam odpowiedź, było zadane jak
najbardziej naturalnie.
- Miło mi cię poznać,
Klara. Nie wiesz, czyjej piosenki słuchałaś? – uśmiechnął się sympatycznie, a
sposób, w jaki to powiedział, nie wskazywał na to, że chciałby się wywyższyć.
Co za idiotka ze mnie! Przecież słuchałam przed chwilą jego albumu!
- Och, przepraszam. To
ty jesteś Justin. – stwierdziłam nieśmiało, jakby był jednym z tych niszowych
artystów, którego słuchają tylko hipsterzy. Miałam ogromną nadzieję, że go tym
nie uraziłam.
Wręcz przeciwnie. Jego
uśmiech był zniewalający i przede wszystkim szczery. Musiał być pozbawiony uprzedzeń
wobec innych osób – niejedna osoba mogłaby się obrazić za taką „niewiedzę”
(chociaż piszczenie na jego widok nie byłoby lepszym pomysłem), co więcej, cała
ta sytuacja wydawała się abstrakcyjna, porównując jego wygląd i status do
mojego. Oprócz jego zniewalającego wyglądu był także świetnie ubrany - biała
koszulka przylegająca do jego torsu i te buty warte pewnie kilka tysięcy.
Zresztą, nawet gdyby je zniszczył, nie byłoby dla niego żadnym problemem kupić
sobie parę nowych. Albo od razu kilka par.
A ja? Nie dość, że byłam ubrana w stare,
znoszone rzeczy nadające się tylko do uprawiania w nich sportu. Nigdy też nie
uważałam, że jestem ładna. Może miałam w sobie coś oryginalnego - szafirowy
kolor oczu, gęste czarne rzęsy, zważając na to, że jestem blondynką. Słyszałam
wiele razy, że wyglądam na starszą. Jednak nigdy nie wyróżniałam się pośród
innych słowiańskich dziewczyn.
- Dobrze nam się razem
biegało – oznajmił. – Często wybieram tę trasę. Mam nadzieję, że jeszcze się
spotkamy.
I już go nie było.
Pobiegł w równym tempie przed siebie, zakładając słuchawki na uszy. A ja nie
potrafiłam ruszyć się z miejsca.