środa, 18 stycznia 2017

Rozdział I

   Nigdy bym nawet nie pomyślała, że polecę do Kalifornii, by pracować, kosztem nauki w liceum, co więcej, za namową rodziców. Mimo tego, że miałam osiemnaście lat i z nauką radziłam sobie świetnie, czułam się nieswojo z faktem, że skończyłam swoją edukację na poziomie drugiej klasy liceum. Jednak w miejscu, w którym byłam od kilku godzin, naprawdę niewiele dałaby mi zdana matura. Znałam biegle trzy języki, nie żeby to było wielkie osiągnięcie. Na moich wernisażach gościli światowi artyści, ale co ja tam wiem. Och, tylko żartuję. Miałam swoją pasję, plan na życie, a miejsce, w którym się urodziłam tylko mnie ograniczało. Kalifornia miała być rozgrzewką. Wiedziałam, że Amerykanom spodobają się moje obrazy. Przycisnęłam do siebie walizkę upewniając się przy okazji, czy cały mój malarski ekwipunek znajduje się na swoim miejscu. Odetchnęłam z ulgą i skierowałam się w stronę wyjścia z Los Angeles International Airport.
    Był środek stycznia, a na zewnątrz było osiemnaście stopni Celsjusza, jak nie więcej. Świeciło piękne słońce, witając mnie w najbogatszym i najpiękniejszym stanie USA. Jadąc taksówką z trudem powstrzymałam się od robienia zdjęć, nie chciałam przecież wyjść na jedną z tych szablonowych turystek z końca świata. Przy okazji byłam skupiona na rozmowie z taksówkarzem, pilnując mojego amerykańskiego akcentu i chyba poszło mi nieźle.
- W Los Angeles jest pięknie. Proszę na siebie uważać – dodał na odchodne, gdy wysiadałam. A jednak. Czułam, że to nie będzie proste udawać tutejszą.
Moje miejsce zamieszkania na te trzy miesiące było pod znakiem zapytania do ostatniej chwili. Dwa tygodnie przed wylotem skontaktowała się ze mną Marysia, daleka kuzynka ze strony mamy – naprawdę – mieszkająca w LA od dziesięciu lat. Z jej profilu na Facebooku, Instagramie i każdym możliwym profilu społecznościowym można było wywnioskować, że żyje jej się dobrze i wygodnie. Była także głęboko wierząca i wręcz nalegała, bym zamieszkała u niej na czas mojego pobytu za granicą. Może uznała, że to jakaś pomoc dla potrzebujących, czy coś. Hej, ja przynajmniej jestem tutaj za samodzielnie zarobione pieniądze.
   Jednak musiałam przyznać, że na takie warunki „pracy” za granicą nie mogę narzekać. Apartament Marysi znajdował się niecałe pięć kilometrów od centrum miasta. Miałam prawie całe piętro dla siebie.
- Jeśli byś czegoś potrzebowała, to dzwoń. Pracuję do dwudziestej – powiedziała ciepło, z trudem łącząc w całość polskie słowa. – Czuj się jak u siebie.
Nie zostało mi na dzisiaj nic do roboty – myślałam, że będę na miejscu pod wieczór, a dochodziła dopiero trzecia po południu. Rozłożyłam się na swoim łóżku, by chwilę później wstać. Czegoś mi tu brakuje. Wyjęłam z walizki numer dwa wszystkie płótna i rozstawiłam je po całej sypialni. Dwanaście par oczu spoglądało teraz na mnie dwunastoma emocjami. Tak lepiej. Ja i moje dzieła warte tysiące dolarów. Przede mną dobre dni.
Zadecydowałam, że warto byłoby zwiedzić miasto. Wieczorem w Calabasas było nieco chłodniej, ale nadal przyjemnie. Byłam już rozpakowana, więc znalezienie sportowych butów i dresowej bluzy Carhartt zajęło mi chwilę. Zaletą mieszkania na obrzeżach był stały dostęp do natury - kilkaset metrów przed osiedlem Marysi rozciągał się Mountain Park. Uwielbiałam jogging, więc długa, męcząca trasa nie była dla mnie problemem – włączyłam jedną z playlist do uprawianie sportu na iPhonie i ruszyłam.
   Calabasas, miasto w hrabstwie Los Angeles, było pięknym miejscem. Co chwilę zatrzymywałam się, by zrobić zdjęcia. Natura mnie inspirowała – niejednokrotnie podsuwając mi nowe pomysły w malarstwie. Nie zauważyłam nawet, kiedy zaczęło się ściemniać. Piosenki z playlisty zaczynały się powtarzać, w momencie, gdy zadecydowałam, że będę wracać, w moich słuchawkach rozbrzmiały pierwsze tony Cold water Justina Biebera.  Zwolniłam tempo, poddając się muzyce. Zaczęłam cicho śpiewać słowa piosenki, nie upewniając się czy nie ma nikogo w pobliżu – na pewno znalazłby się ktoś, kto by wyśmiał mój fałsz. Tak, w tamtym momencie myślałam, że jestem sama. Że to może te nowe słuchawki dają taki pogłos, jakby wszystko wokół mnie – szum drzew i delikatny podmuch wiatru układał się w kompozycję piosenki. Jak bardzo się myliłam. Gdy minutę później schylałam się, by zawiązać buta, wypadła mi jedna ze słuchawek. I wtedy go usłyszałam.

      Na początku chyba sama nie potrafiłam zrozumieć, co właśnie się stało. Odwróciłam się instynktownie za źródłem dźwięku. Nie dalej niż dwa metry ode mnie stał młody mężczyzna – nie był specjalnie wysoki, przewyższał mnie o głowę. To on mi wtórował w śpiewaniu. Wyraz twarzy miał łagodny i ciepły, uśmiechał się do mnie – i wyglądał przy tym nieziemsko. Miał piękne, radosne oczy w piwnym kolorze, podobnym do jasnych odcieni jego włosów wpadających w brąz. Gdybym widziała tylko jego twarz, powiedziałabym, że chłopak jest z mojego rocznika, jednak tatuaże zdobiące jego ręce i nogi zbiły mnie z pantałyku. Miał ich tak wiele, mimo to nie zasłaniały one jego muskulatury. Było w nim coś takiego, że mógł śmiało być zarówno grzecznym, prostym chłopakiem z prowincji, jak i dilerem kokainy prosto z Las Vegas. Miał w sobie coś niebezpiecznego i potulnego, a przede wszystkim – coś znajomego.
- Dobra piosenka, co nie? – powiedział śmiało po angielsku z kanadyjskim akcentem i po chwili uświadomiłam sobie, z kim rozmawiam.
Przede mną stał Justin Bieber. Dwudziestodwuletni Kanadyjczyk, którego znał cały świat. Jak ogromne szczęście musiałam mieć, że właśnie go spotkałam? Ile dziewczyn z Kalifornii dzień w dzień marzy, by go spotkać? Och, w sumie ja też marzyłam – gdy miałam dwanaście lat i znałam na pamięć piosenkę Baby. Z czasem zapomniałam o Justinie, a gdy dowiedziałam się, że ma mieć swój koncert w Polsce, nawet nie sprawdziłam cen biletów. Jednak w tamtym momencie znowu byłam tą zakochaną po uszy dwunastolatką.
- Może być – stwierdziłam z uśmiechem, starając się kontrolować swój atak strachu, podniecenia i radości zarazem.
- Jesteś z Calabasas?– zapytał nieurażony, odkręcając butelkę wody. Nie potrafiłam wyczytać z jego wyrazu twarzy, czy wie, że wiem kim jest.
- Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Można powiedzieć, że przyleciałam tu na wakacje… z Europy.
Czułam się naprawdę nieswojo – nie jestem jedną z tych obłędnie pięknych dziewczyn z unikalną twarzą i powabną figurą. Dlaczego najsławniejszy celebryta na świecie stał właśnie przede mną i rozmawialiśmy, co więcej, interesował się skąd jestem? Justin był taki niezwykły. Taki przystojny. Wziął duży łyk wody i zamyślił się na chwilę.
- Skandynawia? Europa Zachodnia? To twój naturalny kolor włosów? – przy ostatnim pytaniu wziął kosmyk moich włosów do ręki i przejechał po nim palcami, co tak mnie zaskoczyło, że aż przeszedł mnie miły dreszcz, czego na szczęście nie zauważył.
- Jestem z Polski. Tak, to mój naturalny kolor. – wykrztusiłam. Jak dobrze, że nie wiedział, ile myśli miałam teraz w głowie!
- Och, naprawdę? Byłem tam. Niestety nie widziałem zbyt wiele, to był krótki pobyt – roześmiał się, by chwilę później spoważnieć. – Jak ci na imię?
- Jestem Klara, a ty? – starałam się, by pytanie, na które znałam odpowiedź, było zadane jak najbardziej naturalnie.
- Miło mi cię poznać, Klara. Nie wiesz, czyjej piosenki słuchałaś? – uśmiechnął się sympatycznie, a sposób, w jaki to powiedział, nie wskazywał na to, że chciałby się wywyższyć. Co za idiotka ze mnie! Przecież słuchałam przed chwilą jego albumu!
- Och, przepraszam. To ty jesteś Justin. – stwierdziłam nieśmiało, jakby był jednym z tych niszowych artystów, którego słuchają tylko hipsterzy. Miałam ogromną nadzieję, że go tym nie uraziłam.
Wręcz przeciwnie. Jego uśmiech był zniewalający i przede wszystkim szczery. Musiał być pozbawiony uprzedzeń wobec innych osób – niejedna osoba mogłaby się obrazić za taką „niewiedzę” (chociaż piszczenie na jego widok nie byłoby lepszym pomysłem), co więcej, cała ta sytuacja wydawała się abstrakcyjna, porównując jego wygląd i status do mojego. Oprócz jego zniewalającego wyglądu był także świetnie ubrany - biała koszulka przylegająca do jego torsu i te buty warte pewnie kilka tysięcy. Zresztą, nawet gdyby je zniszczył, nie byłoby dla niego żadnym problemem kupić sobie parę nowych. Albo od razu kilka par.
   A ja? Nie dość, że byłam ubrana w stare, znoszone rzeczy nadające się tylko do uprawiania w nich sportu. Nigdy też nie uważałam, że jestem ładna. Może miałam w sobie coś oryginalnego - szafirowy kolor oczu, gęste czarne rzęsy, zważając na to, że jestem blondynką. Słyszałam wiele razy, że wyglądam na starszą. Jednak nigdy nie wyróżniałam się pośród innych słowiańskich dziewczyn.
- Dobrze nam się razem biegało – oznajmił. – Często wybieram tę trasę. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

I już go nie było. Pobiegł w równym tempie przed siebie, zakładając słuchawki na uszy. A ja nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.